Przejdź do głównej zawartości

Posty

Filmoteka ociężałego człowieka ;)

Ostatnimi czasy zapisuję w notesiku, co ciekawego przeczytałam i obejrzałam, bo pamięć mam krótką i zapytana, co warto obejrzeć w wolny wieczór, popadam w czarną otchłań zaawansowanej sklerozy. Wymienię filmy, bo jeśli chodzi o książki, to leci półka nowości z biblioteki ;-)
Odkryciem tego roku jest dla mnie bezapelacyjnie Netflix. Abonament wykupiłam dla serialu "The Crown", który skończył mi się niestety daaaawno temu, niemniej jak potrzebuję, to zawsze coś znajdę ciekawego. A  sekcja "kids" jest moim codziennym wybawieniem...


Poza The Crown, z sentymentem obejrzałam "Ania, nie Anna" i cieszę się, że niedługo pojawi się kolejny sezon. Nienajgorzej oglądało mi się także "The Letdown" - serial u "urokach" początków macierzyństwa. Mocno grający stereotypami, ale faktycznie czerpiący zagadnienia wprost z życia młodych rodziców... Szczebelek wyżej wchodzi film "Tully", na który wybrałam się do kina. Tu już klimat odbiega od zab…

A long way from home

Mam pomysły na kolejne wpisy, kilka fajnych książek w czytaniu. I cóż z tego... Jest jak jest :-) Ale malowanie skończone! Metodą prób i błędów, zmęczenia fizycznego - Łukasz i psychicznego - ja, po dwóch miesiącach możemy zamknąć (prawie) ten rozdział. Pozostało dopieścić szczegóły wystroju i pomyśleć o świątecznych dekoracjach. Jak już domknę temat kalendarza adwentowego...

Ostatnio w kółko leci u nas (jeśli nie akurat małe TGD dla dzieci) nowa płyta Avishaia Cohena, to moje dwa ulubione tracki:

otwierający album Song of hope 


I drugi pod względem "fajności" Motherless child


Ten z kolei doskonale koresponduje tematycznie z filmem, który ostatnio obejrzałam: Lion. Droga do domu.


Historia prawdziwa. Z happy endem. Powiedzmy, że zakończenie jest szczęśliwe, ale ogólnie jednak, jak się dziecko zagubi i odnajdzie po 25 latach, to jednak długo jest... ;-) A w Indiach co roku gubi się osiemdziesiąt tysięcy dzieci! Polecam! Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka - takie połączenie ma …

Pohyggujemy trochę?

Podobno hyggują wszyscy, którzy akurat z hygge się nie śmieją. A ja mam problem, bo idea jest mi szalenie bliska. Ale nie mam zielonego pojęcia, jak spolszczyć ten termin... Zazdroszczę Duńczykom, że mają słowo - klucz, którym mogą tyle wyrazić i które zawiera ich skondensowaną receptę na szczęście. Chociaż ich język "dla cudzoziemca brzmi tak, jakby ktoś mówił po niemiecku z gorącym ziemniakiem w ustach". Inni porównują duński z kaszlem chorej foki, czego nie jestem w stanie zweryfikować :-) Jako żywo z fokami (i to przeziębionymi) niewiele mamy w Polsce do czynienia. Ale skoro tak twierdzi Meik Viking, dyrektor instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze :-) I autor książki, którą ostatnio w końcu przeczytałam, bo pojawiła się w bibliotece.

Przyznaję, że miałam na nią chrapkę w zeszłym roku, gdyż jest bardziej treściwa od pozycji, którą ostatecznie wybrałam, ale małe literki i format przegrały ostatecznie z pięknymi zdjęciami ;-) Ostatnio natomiast natknęłam się w Empiku…

Dwa filmy na jesienne wieczory

Komedia i dramat, co komu akurat potrzeba :-) Takie, co to na wesoło bawisz się do łez, lekko i przyjemnie, ale z klasą, na smutno zaś nie nadążasz z emocjami do ostatniej minuty, przy czym zakończenie zostawia cię ze znakiem zapytania... Akurat ja należę do osób, które lubią, kiedy opowieść kończy się dobrze. Jak się kończy źle, to Ł. się śmieje z mojej naburmuszonej reakcji, ale jak to, ale czemu. Natomiast kiedy nie wiadomo jak się właściwie skończyło, to już dramat ;-) Takich filmów nie potrafię zapomnieć. Może znacie to uczucie, że już wiecie, kto jest dobry, kto zły, kto winny, kto niewinny, a tu bach - nowy szczegół wywraca ci to wszystko do góry do nogami. Taki właśnie jest Fahradi. Jego filmów nie ogląda się dla relaksu. Natomiast napad na bank w wykonaniu trzech starszych panów - jak najbardziej :-)
W starym, dobrym stylu


Przeszłość


Perfekcjonizm niejedno ma imię

Jakoś tak otarłam się ostatnio o temat perfekcjonizmu i być może dobrze by mi zrobiło podrążyć go nieco głębiej. W przypadki nie wierzę. Może to jakiś znak :-) Gdzieś w głębi serca jestem na pewno taką niespełnioną perfekcjonistką. Chociaż na pozór nie mam wiele wspólnego z pewnym moim wyobrażeniem perfekcyjnej żony i matki, idealnej gospodyni, spełnionej kobiety, pracowitej i samodzielnej, pewnej siebie, swojego stylu, decyzji, wyborów - od metod wychowawczych po zakupy. Chociaż Ł. powiada, że z taką mną by się nie ożenił ;-) Może ma rację. Ja Pana Idealnego też bym się bała :-)
Perfekcjonista według słownika to nie tylko człowiek perfekcyjny, ale także ten chcący osiągnąć perfekcję. Ja w wielu dziedzinach bym chciała... A że nie potrafię - bywam często sfrustrowana i niezadowolona z siebie. Nie wiedziałam natomiast, że wyróżnia się aż kilkanaście typów perfekcjonistów, z czego w kilku spokojnie mogę się odnaleźć... Może nie jestem pedantką, może nie profesjonalistką w każdym calu,…

Jesienny zastrzyk słońca

Spełniło się moje małe marzenie o wypadzie w góry jesienią! Dodajmy - ciepłą, złotą, polską jesienią :-) Coś pięknego... Pogoda była tak cudowna w miniony weekend, że wyciągnęła na szlak tłumy ludzi. Nie było takiej możliwości, żeby w Samotni poczuć choć gram samotności ;-) Ostatnio byliśmy tam razem dziewięć lat temu, aż nie do wiary. Cieszę się, że pokazaliśmy dzieciom ten piękny zakątek, w końcu były już w Beskidach, Tatrach i Pieninach, a w naszych najbliższych Karkonoszach dopiero teraz i bardzo krótko. Ale zawsze coś :-)


 Z wymiany rur w łazience zrobił nam się mały remont. Szczerze wierzyłam, że zajmie to dwa dni - zajęło dwa tygodnie i kosztowało sporo frustracji. Ponieważ pękła ściana w pokoju obok, trzeba było odsunąć regały i jakoś je wkomponować pod okno, obok kabiny prysznicowej ;-) Dziurę zagipsować, wysuszyć, odmalować, jeszcze śmierdzi farbą... Ale już książki można wstawiać z powrotem na półki. Salon odhaczony. Trzeba jeszcze pomalować ścianę u dzieci, gdzie też dwa…

Lura i śliwki

Lura, czyli Maria de Lurdes Pina Assunção - wokalistka z Wysp Zielonego Przylądka. Ostatnio koncertowała w Polsce. Ponieważ w drodze z urlopu słuchaliśmy trójkowej Sjesty, dobrze zapamiętałam ten pseudonim:-) Tak jak w tamtą niedzielę poprawiała nam humor w strumieniu wody z nieba i spod kół mijanych ciężarówek, tak teraz rozwesela mi jesień. Dzięki Kydryńskiemu poznałam w ogóle taki termin, jak "muzyka luzofońska":) I bardzo mi ten nurt pasuje, kiedy za oknem mało słońca... 
Jesień kojarzy mi się z dynią, miodem, kasztanami, wrzosem, szelestem liści. Z deszczem też - kupiłam parasol w kolorowe groszki. I chłodem - w szafie rewolucja. Jako remedium na ponure jesienne wieczory, zainaugurowaliśmy wieczory z Netflixem i zgłębiamy kolejne sezony Wikingów. A od grudnia ma powrócić mój ulubiony serial - The Crown :-) Dla dzieci odkryłam kopalnię świetnych bajek, więc nie mam pewności, czy zrezygnuję z tego portalu po darmowym  miesiącu próbnym;-)
A tytułowe śliwki? Chciałam zrob…