Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego nie chodzę na jogę

Jednym z wielu powodów, dla których warto mieć dzieci jest taki, że rodzic staje się jednostką bardziej zaangażowaną, poczynając od społeczności sąsiedzkiej po państwową. Bo przestaje mu być obojętne, że psy sikają do osiedlowej piaskownicy albo że na billboardzie po drodze do przedszkola widnieje roznegliżowana pani. Zaczyna się interesować polityką prorodzinną, analizować  system edukacji, podpisywać petycje. Normalny, myślący rodzic chce aby jego dziecko mogło się zdrowo i bezpiecznie rozwijać. Chciałby też mieć prawo wychowywać je w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Dlatego od czasu do czasu skóra cierpnie mi na słuchy o różnych eksperymentach, póki co zachodnich i skandynawskich, aby dzieci od przedszkola gruntownie”edukować” seksualnie albo wprowadzać im kursy jogi. Jako ćwiczenia uspokajające i usprawniające oczywiście.  Joga w ogóle jest bardzo trendy, od w-f na uczelni po szkoły rodzenia. W Polsce może jeszcze nie aż tak bardzo, ale obawiam się, że wynika to raczej ze statystycznie  niewielkiej aktywności fizycznej niż świadomości chrześcijańskiej, niestety.


 
Niezależnie od intencji ćwiczącego, joga jest praktyką religijną, sprzeczną z chrześcijaństwem, a  nie rodzajem gimnastyki.


Może się jeden z drugim tłumaczyć, że oddziela filozofię od swoich praktyk, ale „jodze to nie przeszkodzi” jak powiedział ojcu Verlinde hinduski guru Maharishi Mahesh Yogi (cytat z artykułu W. Pomiernej w GN nr25 „Joga na receptę”). Dyrekcja Östermalmsskolan i kuratorium  zapewniają, że zastosowano świecką wersję jogi, dzieci są zrelaksowane, a rodzice zadowoleni. Nie rozumieją obiekcji chrześcijan, podobnie jak lekarze wypisujący cierpiącym na schorzania wszelakie recepty na kursy jogi czy pracodawcy obowiązkowo kierujący na ćwiczenia personel, aby lepiej radził sobie ze stresem.  A że bezmyślnie papugujemy często akurat nie to, co trzeba, trochę się boję,że kiedyś i w Polsce może być podobnie… Jeśli nie za moich czasów, to za czasów moich dzieci. I widzę, ile trudu przede mną, żeby ukształtować w nich silną tożsamość zakorzenioną we własnej religii. 

Komentarze

M pisze…
Podpisuję się obiema rękami pod tym co piszesz. Szkoda, że tak mało osób ma taką świadomość- tym więcej pracy dla nas, by to zmienić:) Bardzo ciekawy ten blog - trafiłam tu wczoraj i czytam go z wielkim zainteresowaniem. Powodzenia!

Popularne posty z tego bloga

Wyzwanie Minimalistki - tydzień drugi

18-24 stycznia 2015

Dzień 8 Gotuję nową potrawę

Żeby nie było tak monotonnie w kuchni :-) Wertujemy książkę Pascala i Okrasy, wybór pada na eskalopki indycze w papilotkach. Polecam :-)
ORYGINALNY PRZEPIS

Ps. Wersja dla mnie z bulionem zamiast śmietany była dużo gorsza :( indyk był twardy i smakował jak wygotowane mięso z rosołu. Ziemniaki bez zapieczonego sera to też nie to :-)

Dzień 9 Tworzę listę marzeń...

...ale w głowie, nie mam ochoty ich spisywać. Różne są, od banalnych i aktualnych pod tytułem masaż i przespana noc, po takie z gatunku, których spełnienia nie oczekuję, bo to są takie marzenia do pomarzenia :-)
Jakoś nie widzę związku tego zadania z minimalizmem czy prostym życiem...

Dzień 10 Opuszczam swoją strefę komfortu

Wybieram się z dziećmi na spotkanie "klubu mam".
Czy było warto... Nie wiem. Zrobiłam coś innego, coś nawet wbrew sobie. Co dało mi to wyjście, poza zmęczeniem i ubytkiem 20 zł w portfelu? Merytorycznie nic, jak napisałam na drugim bogu. Nikogo nie pozna…

Filmoteka ociężałego człowieka ;)

Ostatnimi czasy zapisuję w notesiku, co ciekawego przeczytałam i obejrzałam, bo pamięć mam krótką i zapytana, co warto obejrzeć w wolny wieczór, popadam w czarną otchłań zaawansowanej sklerozy. Wymienię filmy, bo jeśli chodzi o książki, to leci półka nowości z biblioteki ;-)
Odkryciem tego roku jest dla mnie bezapelacyjnie Netflix. Abonament wykupiłam dla serialu "The Crown", który skończył mi się niestety daaaawno temu, niemniej jak potrzebuję, to zawsze coś znajdę ciekawego. A  sekcja "kids" jest moim codziennym wybawieniem...


Poza The Crown, z sentymentem obejrzałam "Ania, nie Anna" i cieszę się, że niedługo pojawi się kolejny sezon. Nienajgorzej oglądało mi się także "The Letdown" - serial u "urokach" początków macierzyństwa. Mocno grający stereotypami, ale faktycznie czerpiący zagadnienia wprost z życia młodych rodziców... Szczebelek wyżej wchodzi film "Tully", na który wybrałam się do kina. Tu już klimat odbiega od zab…

A long way from home

Mam pomysły na kolejne wpisy, kilka fajnych książek w czytaniu. I cóż z tego... Jest jak jest :-) Ale malowanie skończone! Metodą prób i błędów, zmęczenia fizycznego - Łukasz i psychicznego - ja, po dwóch miesiącach możemy zamknąć (prawie) ten rozdział. Pozostało dopieścić szczegóły wystroju i pomyśleć o świątecznych dekoracjach. Jak już domknę temat kalendarza adwentowego...

Ostatnio w kółko leci u nas (jeśli nie akurat małe TGD dla dzieci) nowa płyta Avishaia Cohena, to moje dwa ulubione tracki:

otwierający album Song of hope 


I drugi pod względem "fajności" Motherless child


Ten z kolei doskonale koresponduje tematycznie z filmem, który ostatnio obejrzałam: Lion. Droga do domu.


Historia prawdziwa. Z happy endem. Powiedzmy, że zakończenie jest szczęśliwe, ale ogólnie jednak, jak się dziecko zagubi i odnajdzie po 25 latach, to jednak długo jest... ;-) A w Indiach co roku gubi się osiemdziesiąt tysięcy dzieci! Polecam! Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka - takie połączenie ma …