Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2013
Wczoraj miałam pierwszy relaksowy wieczór po chorobie Ani, pochłonęłam bez opamiętania dwa naleśniki z czekoladą korzenną i bitą śmietaną oraz "Szczęście w cichą noc" Ficner-Ogonowskiej :-) Nastrój w głowie zapanował mi iście świąteczny... Zaczęła powstawać lista potraw, zgłodniałam od samego czytania przepisów, a myśl o śledziach ze śmietaną spowodowała, że kupiłam kilka i przegryzają się w lodówce na kolację...  bo na Boże Narodzenie raczej nie będzie - nie lubimy :-) Nie zapadła jeszcze ostateczna decyzja, u kogo spędzimy Święta. Wspaniałym, acz niewykonalnym rozwiązaniem byłoby połączenie wszystkich rodzin przy jednym ogromnym stole. Jak w moich ulubionych książkach :-) Ale prawdopodobnie przyjmiemy model Wigilii we własnym sosie i budowaniu rodzinnych tradycji z Anią, a potem odwiedzaniu bliskich w kolejne dni. Zobaczymy...

Kobiety górą :-)

Dla mnie idealny film na jesień.
Urzekające kolory - na to przede wszystkim zwróciłam uwagę za drugim razem, bo za pierwszym skupiłam się na fabule :-) I ten klimat...  pogodny, lekki, subtelny, elegancki, pełen wdzięku i południowego temperamentu tytułowych kobiet z szóstego piętra.
Francuski humor w moim ulubionym wydaniu.

Światełko w twórczym tunelu?

Rosół z królika pachnie w całym domu, niedzielne ciacho też jest :-) Dobry, spokojny czas...

Z ciekawości zajrzałam w czeluści Internetu, czy wiadomo coś więcej o zapowiedzianej kontynuacji Jeżycjady. Jesienią tęsknię za Borejkami... Autorka pokazała okładkę! W przeciwieństwie do "McDusi", ta urzekła mnie od razu:


Wiem, że trzeba uzbroić się w cierpliwość, na poprzednią część wielbiciele pani Małgosi czekali długo. Ta też "będzie kiedy będzie". I dobrze :-) Tymczasem przeczytałam artykuł "Musierowicz jest w złym humorze". Niechęć i dystans do świata literackich bohaterów / całego cyklu jest mocno wyczuwalna... Tylko paradoksalnie to, co niektórych w Jeżycjadzie irytuje i niepokoi, mnie się podoba i sprawia, że uzależniłam się od tego klimatu - nie chcę z niego "wyrosnąć". Oczywiście, są elementy, które mnie czasem irytują, ale przymykam oko. Myślę, że ten styl można albo bardzo lubić, albo szczerze nienawidzić i wytykać autorce różne rzeczy. Ja …
Tak już mam, że po przedłużonych weekendach i urlopach powrót do rutyny jest dla mnie sporym wyzwaniem. Niezależnie od dnia tygodnia następuje aklimatyzacyjny poniedziałek... Dzisiaj wyjątkowo łatwo tracę cierpliwość. Nie znoszę tego uczucia, że gdzieś we mnie rośnie taka gula zniechęcenia, irytacji, napięcia i rozdrażnienia. A przecież wszystko jest pod kontrolą, mieszkanie ogarnięte w miarę, pranie powieszone, Ania śpi. Nawet tuszu do rzęs użyłam na przekór chandrze, ubrałam się ładnie. I co? I nic. Denerwuje mnie słońce... Bo nie wiadomo jak się ubrać na spacer: w plecy grzeje, w uszy wieje. Dziecko wierzga, matka się poci, rozbiera, ubiera. Kurcze no! Jak jest zimno albo deszcz to wiadomo. Jak jest ciepło też. A tak...

Za to w Łodzi było cudownie, wesoło, pysznie, gościnnie, ciekawie. Potrzebowałam takiej odskoczni.  Gosi i Przemku, jeszcze raz bardzo Wam dziękuję :*
Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to nie są dla mnie "smutne święta". Może dlatego, że wszystkich najbliższych mam jeszcze po tej stronie. Antosia rozpatruję bardziej w kategorii zysku niż straty. Ma swój specjalny kącik w mojej głowie, wierzę, że jest szczęśliwy i troszczy się o nas -  nie mam potrzeby zastawiania mu nagrobka zniczami i zabawkami. Tajemnica przeżywania żałoby często daje mi do myślenia, kiedy czytam, jak w różny sposób to cierpienie odbija się na tych, którzy zostali... Zwłaszcza w listopadzie te tematy wracają. I myślę...Czy ja może jestem jakaś niewrażliwa, że nie chodziłam codziennie na cmentarz, że nie pisałam poetyckich listów do synka, że nie wpadłam w depresję, nie zalogowałam się na portalu dla rodziców po stracie,  nie obchodzę 15 października, nie puszczam baloników do nieba? Myślę, że po pierwsze to łaska wiary w obcowanie świętych.  Pomogła nam łagodnie uporać się z żalem i tęsknotą. Po drugie: Ania. Nie zamiast, ale jako naturalna kolej rze…

Podróże w czasie i przestrzeni

Przeczytałam "Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem" Meyzy i Szabłowskiego. Pośmiałam się, nie powiem, trzeba mieć naprawdę dużo fantazji, żeby odtworzyć ze szczegółami '81 rok. Zmienić ubiór, uczesanie, dietę, nawyki kosmetyczne i zakupowe, wszystko! Jeść tyle, ile kartki pozwolą i tylko to, co było dostępne w tamtych czasach. A więc żadnej kawy z ekspresu, oliwy z oliwek, suszonych pomidorów, pizzy. Do łask wracają kartofle, wszelkie dania mączne, śledzik, smalec, parówki, mortadela i sardelki. Autor przytył w czasie eksperymentu 11 kg - ciekawe, ile zajęło mu zrzucenie balastu :-) Z łazienki znikają antyperspiranty, podpaski, maszynki jednorazowe, bo nóg i pach się nie goliło ;-) Córeczka przerzuca się na tetrę i ceratowe majtki oraz zabawki z epoki. Mąż na wąsy i zaczeskę, żona na trwałą ondulację. Laptopa zastępuje maszyna do pisania. Rozrywki dostarcza telewizor Rubin i radiomagnetofon Kasprzak. Znikają telefony komórkowe, przestaje istnieć Int…