Przejdź do głównej zawartości

Podróże w czasie i przestrzeni

Przeczytałam "Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem" Meyzy i Szabłowskiego. Pośmiałam się, nie powiem, trzeba mieć naprawdę dużo fantazji, żeby odtworzyć ze szczegółami '81 rok. Zmienić ubiór, uczesanie, dietę, nawyki kosmetyczne i zakupowe, wszystko! Jeść tyle, ile kartki pozwolą i tylko to, co było dostępne w tamtych czasach. A więc żadnej kawy z ekspresu, oliwy z oliwek, suszonych pomidorów, pizzy. Do łask wracają kartofle, wszelkie dania mączne, śledzik, smalec, parówki, mortadela i sardelki. Autor przytył w czasie eksperymentu 11 kg - ciekawe, ile zajęło mu zrzucenie balastu :-) Z łazienki znikają antyperspiranty, podpaski, maszynki jednorazowe, bo nóg i pach się nie goliło ;-) Córeczka przerzuca się na tetrę i ceratowe majtki oraz zabawki z epoki. Mąż na wąsy i zaczeskę, żona na trwałą ondulację. Laptopa zastępuje maszyna do pisania. Rozrywki dostarcza telewizor Rubin i radiomagnetofon Kasprzak. Znikają telefony komórkowe, przestaje istnieć Internet i w gruncie rzeczy - dotychczasowe życie towarzyskie kwitnące głównie w wirtualnym świecie. W realu spontaniczne wizyty jakoś nie mogą dojść do skutku... Odległości rosną, bo jeździć trzeba środkami komunikacji publicznej lub rzężącym maluchem. Wprawdzie mama na urlopie wychowawczym czasu ma niby więcej, ale po pierwsze: mąż z założenia nie pomaga w babskich obowiązkach, po drugie: bez współczesnych udogodnień pranie we Frani, sprzątanie sodą, popiołem i octem, pozyskiwanie produktów i gotowanie oraz kreatywne zabawy z dzieckiem zajmują więcej czasu... Iza i Witek z ulgą i garścią refleksji wracają po 6 miesiącach do swojego kapitalistycznego życia.

Książka przypomniała mi o pewnym filmie dokumentalnym, który oglądałam jakiś czas temu. Fiński "Przepis na klęskę" to zapis roku z życia rodziny, która postanowiła ograniczyć ilość dwutlenku węgla emitowanego przez ich gospodarstwo domowe. A więc: rezygnują z samochodu, silnika w motorówce, którą dopływają do domku letniego na wyspie, na urlop zamiast samolotem jadą pociągiem, przestają kupować produkty w plastikowych opakowaniach (co w Finlandii jest trudniejsze, bo nawet owoce i warzywa nie są tak jak u nas dostępne luzem, tylko opakowane w folię na plastikowych tackach. Higiena z wyższej półki ;-) Tu zrodził się poważny konflikt, bo i pasta do zębów i szampon i papier toaletowy nagle znalazły się na czarnej liście...Mąż  i pomysłodawca w ekologicznym zapędzie gotów był podmywać się po hindusku i czyścić zęby sodą. Żona ani myślała się na to zgodzić. Pastę dla dzieci wynegocjowała o ile pamiętam, papier szczęśliwie udało się znaleźć w hurtowni papierniczej na dużych przemysłowych rolkach. Cierpliwości zabrakło jej również, kiedy John zaczął się pozbywać z kuchni naczyń i przyborów plastikowych, które już mieli wcześniej. Ja też nie widzę w tym sensu... Ale chylę czoła przed ich umiejętnością rozmów na trudne, emocjonujące tematy. Przypuszczam, że podobny pomysł w polskiej rodzinie skończyłby się w kryzysowej sytuacji awanturą, wyzwiskami od śmakich i owakich ekologów oraz wystawieniem walizek. Tutaj obie strony przedstawiały swoje argumenty, mówiły o uczuciach, szukały kompromisu. Wytrzymali rok, obniżyli emisję CO2 o połowę. Myślę, że przeszli przy okazji poważną próbę swojego związku i sporo się o sobie dowiedzieli. Tutaj też najmniej kłopotów ze zmianą miały dzieci, przeuroczy chłopcy :-)


Podobnie jak w eksperymencie z powrotem do PRL, zyskali CZAS dla siebie nawzajem, na rozmowy, gry planszowe, wycieczki. Stali się bardziej uważni na rzeczywiste, a nie wydumane potrzeby. Odkryli możliwości prostego życia, mniej inwazyjnego dla środowiska naturalnego, bez nadmiaru chemii i sztucznych tworzyw, z wielokrotnym wykorzystaniem rzeczy. Zebrali sporo obserwacji społecznych. Dużo plusów :-) Ale szczerze wątpię, że miałabym tyle wyrozumiałości co obie panie, gdyby to mój mąż wpadł na szalony pomysł z podróżami w czasie albo redukcją naszego prywatnego dwutlenku węgla :-) I cieszę się, że żyjemy w czasach, kiedy można - jeśli ma się taki kaprys - żyć zupełnie inaczej niż wszyscy. Przenieść się do skansenu z lat 80-tych, zbudować sobie pałacyk z bajki o Królewnie Śnieżce albo ziemiankę ze słomy. Nie golić nóg, zapuścić wąsy, wylogować się z fb i upuścić telefon do studzienki kanalizacyjnej. Ale można też w każdej chwili wrócić do zdobyczy cywilizacji i po prostu korzystać z nich z umiarem, bez radykalnych kroków. Jakoś zawsze wolę być pośrodku niż na skrajnych biegunach :-)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wyzwanie Minimalistki - tydzień drugi

18-24 stycznia 2015

Dzień 8 Gotuję nową potrawę

Żeby nie było tak monotonnie w kuchni :-) Wertujemy książkę Pascala i Okrasy, wybór pada na eskalopki indycze w papilotkach. Polecam :-)
ORYGINALNY PRZEPIS

Ps. Wersja dla mnie z bulionem zamiast śmietany była dużo gorsza :( indyk był twardy i smakował jak wygotowane mięso z rosołu. Ziemniaki bez zapieczonego sera to też nie to :-)

Dzień 9 Tworzę listę marzeń...

...ale w głowie, nie mam ochoty ich spisywać. Różne są, od banalnych i aktualnych pod tytułem masaż i przespana noc, po takie z gatunku, których spełnienia nie oczekuję, bo to są takie marzenia do pomarzenia :-)
Jakoś nie widzę związku tego zadania z minimalizmem czy prostym życiem...

Dzień 10 Opuszczam swoją strefę komfortu

Wybieram się z dziećmi na spotkanie "klubu mam".
Czy było warto... Nie wiem. Zrobiłam coś innego, coś nawet wbrew sobie. Co dało mi to wyjście, poza zmęczeniem i ubytkiem 20 zł w portfelu? Merytorycznie nic, jak napisałam na drugim bogu. Nikogo nie pozna…

Filmoteka ociężałego człowieka ;)

Ostatnimi czasy zapisuję w notesiku, co ciekawego przeczytałam i obejrzałam, bo pamięć mam krótką i zapytana, co warto obejrzeć w wolny wieczór, popadam w czarną otchłań zaawansowanej sklerozy. Wymienię filmy, bo jeśli chodzi o książki, to leci półka nowości z biblioteki ;-)
Odkryciem tego roku jest dla mnie bezapelacyjnie Netflix. Abonament wykupiłam dla serialu "The Crown", który skończył mi się niestety daaaawno temu, niemniej jak potrzebuję, to zawsze coś znajdę ciekawego. A  sekcja "kids" jest moim codziennym wybawieniem...


Poza The Crown, z sentymentem obejrzałam "Ania, nie Anna" i cieszę się, że niedługo pojawi się kolejny sezon. Nienajgorzej oglądało mi się także "The Letdown" - serial u "urokach" początków macierzyństwa. Mocno grający stereotypami, ale faktycznie czerpiący zagadnienia wprost z życia młodych rodziców... Szczebelek wyżej wchodzi film "Tully", na który wybrałam się do kina. Tu już klimat odbiega od zab…

A long way from home

Mam pomysły na kolejne wpisy, kilka fajnych książek w czytaniu. I cóż z tego... Jest jak jest :-) Ale malowanie skończone! Metodą prób i błędów, zmęczenia fizycznego - Łukasz i psychicznego - ja, po dwóch miesiącach możemy zamknąć (prawie) ten rozdział. Pozostało dopieścić szczegóły wystroju i pomyśleć o świątecznych dekoracjach. Jak już domknę temat kalendarza adwentowego...

Ostatnio w kółko leci u nas (jeśli nie akurat małe TGD dla dzieci) nowa płyta Avishaia Cohena, to moje dwa ulubione tracki:

otwierający album Song of hope 


I drugi pod względem "fajności" Motherless child


Ten z kolei doskonale koresponduje tematycznie z filmem, który ostatnio obejrzałam: Lion. Droga do domu.


Historia prawdziwa. Z happy endem. Powiedzmy, że zakończenie jest szczęśliwe, ale ogólnie jednak, jak się dziecko zagubi i odnajdzie po 25 latach, to jednak długo jest... ;-) A w Indiach co roku gubi się osiemdziesiąt tysięcy dzieci! Polecam! Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka - takie połączenie ma …