Przejdź do głównej zawartości

Becikowe

Źródło: google
Już kiedyś wspominałam, że nie mogłabym być urzędnikiem, bo nie ogarniam tej papierologicznej rzeczywistości. Nie lubię poza tym czuć się jak idiotka, która nie potrafi wypełnić prostego druku, ale czasem trzeba zniżyć się do podłogi i pokornie zapisać na przykład dziecko do przychodni. Jak Brożka w styczniu. Pamiętam do dziś te emocje :-) Deklaracja nosi tytuł "wyboru świadczeniodawcy udzielającego świadczeń z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej". Wypełniam dane "świadczeniobiorcy", nazwisko naszej pediatry i proszę o przypomnienie adresu przychodni do rubryki wskazującej świadczeniodawcę. "Pesel ojca" słyszę. "Słucham? Ale świadczeniodawcą nie jest przychodnia?" "Nie, proszę pani. Przychodnia niczego nie świadczy" wycedziła z wyższością ondulowana pani z rejestracji. Ciśnienie mi podskoczyło, ale z panią trzeba dobrze żyć, bo przecież dziecko będzie pojawiać się u lekarza (oby jak najrzadziej), więc wyszłam zadzwonić do Ł, żeby mi podyktował pesel. Następnie pouczona dobitnie, acz niezgodnie z prawdą, że mam obowiązek wybrać też pielęgniarkę, podpisałam in blanco, niech sobie uzupełnią co tam chcą - i tak wybraliśmy  później pielęgniarkę dojeżdżającą do domu. Wyboru położnej dla dziecięcia płci męskiej zdecydowanie odmówiłam.

Z  becikowym też nie ma łatwo, o nie... I tylko rok na załatwienie formalności ;P

Za pierwszym razem odbiłam się od drzwi, bo dział świadczeń rodzinnych czynny jest w różnych dziwnych godzinach, przynajmniej zapisałam w jakich. Za drugim razem dopytałam, co jest potrzebne, choć z grubsza wiedziałam z internetu i pobrałam stosowne druki. Pielgrzymka po skarbówkach i zusach trwała kilka miesięcy, bo musiał to załatwić Ł w swoich godzinach pracy. Wreszcie z plikiem dokumentów oraz makijażem dla dodania sobie animuszu, raźno i wesoło udałam się raniutko sfinalizować sprawę. Ale nie ma tak dobrze. Wypłynął jakiś nowy druczek, który musi być podpisany przez Ł. (a przecież pytałam!), panie długo zastanawiały się, cóż to za kwota 72 zł jest za niego odprowadzana na poczet składek zdrowotnych, więc też musi podpisać, że taka oto kwota jest za niego odprowadzana (jakby zaświadczenie z Zusu nie wystarczało) i, uwaga uwaga, zakwestionowano zaświadczenie od położnej, że pozostawałam w ciąży pod opieką lekarską. Tego najmniej się spodziewałam. Pani wzięła karteczkę, długopisik, kalendarz i rozpisała sobie miesiące - wyszło jak byk, że w drugim trymestrze wizyty nie było. Kiedy wyszła skonsultować się z kierowniczką, nie wiedziałam, śmiać się czy płakać. Fakt, data była z pogranicza trymestrów, położna akurat wybrała pechowo taką, która w Mopsie się nie spodobała.  Co za ironia losu - z ciążą podwyższonego ryzyka czasem co tydzień do trzech meldowałam się u ginekologa, zostawiając tam grubą kasę, którą miało mi zrekompensować owo becikowe ;-)
Tłumaczenie na nic sie nie zdało, po nowe zaświadczenie iść musiałam.
Podsumowując: cztery wycieczki do Mopsu, trzy do skarbówki, dwie do Zusu i jedna po przychodni.
Potem jeszcze do domu fatygował się goniec z pisemkiem, że nasz wniosek został rozpatrzony pozytywnie, a jednorazowa zapomoga przyznana. Właśnie wpłynęła. Nic tylko rodzić dzieci ku chwale Ojczyzny. I żeby opiece społecznej nie zabrakło pracy ;-)

Komentarze

Edyta Z pisze…
Aż mam dreszcze, brrr. My dopiero zamierzamy pod koniec sierpnia się zabrać za to, bo P. ma wtedy 2 tygodnie urlopu, może się uda. Masakra :(
Marta pisze…
Przypuszczam, że moje klopoty nie są powszechne i na ogół daje się to załatwić raz dwa, jeśli jest się dobrze zorganizowanym :-) dużo zależy od gminyi konkretnych urzędniczek ;-) Daj znać, jak poszło.Pamiętaj też, że można złożyć wniosek z brakami, a dokumenty donieść w ciągu 2 tyg, to zawsze trochę mobilizuje :-)
Ha, ja - stara i cyniczna - nękałam panie w urzędach telefonami, wyjaśniając im, że nie ma szans, bym zdołała przyjść osobiście, gdyż mam trójkę. I że muszą, po prostu muszą tak uczynić, bym wszystko zrobiła dobrze w domu, przez internet (u nas tak światowo jest w urzędzie ;), a potem tylko męża wysłała z podpisanymi papierami, ale z zastrzeżeniem, że mąż to się z pracy zwolni, by zdążyć przed końcem urzędowania, zatem panie muszą być gotowe, bo on wpadnie na pięć minut przed wtedy i wtedy. W domyśle: jak się nie sprężycie, to dłużej w robocie zostaniecie, bo więcej razy to on się z pracy nie może urywać. Podziałało. Więc naprawdę Ci współczuję, a jednocześnie gratuluję - samozaparcia :) Uściski!
Marta pisze…
Dla tysiączka "za nic" to każdy by się samozaparł ;-) może za trzecim razem pójdzie mi sprawniej he he

Popularne posty z tego bloga

Matka w sieci

Serce boli, ale to ja...
Może nie tak do granic zdrowego rozsądku, przecież tylko (?!) facebook i chustoforum, kilka ulubionych blogów, żadnych przecież pinterestów, instagramów i innych życiowych porównywarek, o których zabawnie, ale trafnie napisała Dagmara, kończąc takim oto zdaniem:
Kiedy nie gapisz się w ekran, właśnie wtedy NIC Cię nie omija.
A ja się tak często gapię... Wplątałam się jak w niewidzialną pajęczynę w to moje okienko na świat, moje kontakty towarzyskie. Moją drogę ucieczki do świata dorosłych ...Narzędzie do załatwiania różnych spraw, od zakupów po wnioski urzędowe.
Bo karmienie jest nudne i trwa długo. Kto karmił, ten wie. Wczoraj przeczytałam całą książkę z Igim u piersi.
Bo zabaw z dziećmi też można mieć dość. Nigdy nie miałam do tego serca...
Bo czas dla siebie też jest ważny, dla równowagi. Może za dużo go sobie przydzielam?
Jak w tym znaleźć złoty środek, nie przesadzić ani w jedną ani drugą stronę? Być obecną na 100%,  nie 24h, bo tak się nie da, ale proporcjon…

Filmoteka ociężałego człowieka ;)

Ostatnimi czasy zapisuję w notesiku, co ciekawego przeczytałam i obejrzałam, bo pamięć mam krótką i zapytana, co warto obejrzeć w wolny wieczór, popadam w czarną otchłań zaawansowanej sklerozy. Wymienię filmy, bo jeśli chodzi o książki, to leci półka nowości z biblioteki ;-)
Odkryciem tego roku jest dla mnie bezapelacyjnie Netflix. Abonament wykupiłam dla serialu "The Crown", który skończył mi się niestety daaaawno temu, niemniej jak potrzebuję, to zawsze coś znajdę ciekawego. A  sekcja "kids" jest moim codziennym wybawieniem...


Poza The Crown, z sentymentem obejrzałam "Ania, nie Anna" i cieszę się, że niedługo pojawi się kolejny sezon. Nienajgorzej oglądało mi się także "The Letdown" - serial u "urokach" początków macierzyństwa. Mocno grający stereotypami, ale faktycznie czerpiący zagadnienia wprost z życia młodych rodziców... Szczebelek wyżej wchodzi film "Tully", na który wybrałam się do kina. Tu już klimat odbiega od zab…

Wyzwanie Minimalistki - tydzień drugi

18-24 stycznia 2015

Dzień 8 Gotuję nową potrawę

Żeby nie było tak monotonnie w kuchni :-) Wertujemy książkę Pascala i Okrasy, wybór pada na eskalopki indycze w papilotkach. Polecam :-)
ORYGINALNY PRZEPIS

Ps. Wersja dla mnie z bulionem zamiast śmietany była dużo gorsza :( indyk był twardy i smakował jak wygotowane mięso z rosołu. Ziemniaki bez zapieczonego sera to też nie to :-)

Dzień 9 Tworzę listę marzeń...

...ale w głowie, nie mam ochoty ich spisywać. Różne są, od banalnych i aktualnych pod tytułem masaż i przespana noc, po takie z gatunku, których spełnienia nie oczekuję, bo to są takie marzenia do pomarzenia :-)
Jakoś nie widzę związku tego zadania z minimalizmem czy prostym życiem...

Dzień 10 Opuszczam swoją strefę komfortu

Wybieram się z dziećmi na spotkanie "klubu mam".
Czy było warto... Nie wiem. Zrobiłam coś innego, coś nawet wbrew sobie. Co dało mi to wyjście, poza zmęczeniem i ubytkiem 20 zł w portfelu? Merytorycznie nic, jak napisałam na drugim bogu. Nikogo nie pozna…