Przejdź do głównej zawartości

Reminescencje krakowskie

Jeden z felietonów Romy Ligockiej w zbiorze "Księżyc nad Taorminą"  poświęcony jest smutnej refleksji, co stało się z krakowskim rynkiem. "Nikt rozsądny nie chodzi już tam dla przyjemności"... Autorka raz pójść musiała, w sprawach urzędowych i omal  nie przypłaciła tego życiem. Brzmi niewiarygodnie, ale akurat znajdowała się przy kawiarnianym ogródku, kiedy poniosły konie z dorożką, spłoszone wybuchem petardy z ulicznego teatrzyku. Zwierzęta potknęły się i przewróciły niemal pod jej stopy. Kilka osób zostało wtedy rannych. Pani Roma długo nie mogła dojść do siebie. Tak jak i ona, nie pojmuję, dlaczego ku strapieniu mieszkańców, a uciesze turystów (ale nie takich jak my...) władze miasta pozwalają na ten nieustający jazgot, na te ogromne konie przegrzane w słońcu i jeszcze większe dorożki, przed którymi muszą rozstępować się tłumy ściśnięte na uliczkach prowadzących do Rynku. 

Przypominam sobie sytuację z września, kiedy Łukasz poprawiał Ani kurteczkę, nie słyszeliśmy w hałasie, że woźnica dzwoni i pokrzykuje na nas, w ostatniej chwili zeszliśmy z drogi. Towarzyszyło mi przekonanie, że jesteśmy bezpieczni, to on musi uważać na pieszych, nie odwrotnie. Błąd. Dlatego tak zmroziła mnie wyżej przytoczona historia. Bo choćby turysta czuł się święta krową, bezmyślność jakiegoś pajaca, który spłoszy konie, kiedy z gofrem w ręce znajdziesz się w nieodpowiednim  miejscu i czasie,  może kosztować zdrowie i życie. Tak na mocne zakończenie urlopu na przykład.

A zatrzymaliśmy się wtedy w Krakowie wracając z Zakopanego. Oficjalnym celem tego postoju było zapoznanie Ani ze smokiem wawelskim, a tak naprawdę: solidne zmęczenie dzieci przed dalszą drogą. W przypadku Brożka podziałało i zasnął potem szybko;-) Ania potrzebowala jeszcze wybiegania na placu zabaw przy autostradzie.

Miałam jeszcze jeden prywatny cel: chciałam zrobić kolejna nakładkę na wspomnienia związane z tym miastem. Pamięta bowiem wiele naszych radosnych i smutnych chwil. W dzieciństwie było na trasie do Krościenka: jak moi rodzice ogarniali te podróże z czwórką dzieci i bagażami - nie pojmuję... W liceum wycieczka klasowa - wtedy najwięcej zwiedziłam :-) A jak dorośle się czułam, zamawiając ciastko w Jamie Michalika! W studenckich czasach przesiadka na pks do Białego Dunajca. W drodze do Łańcuta z mamą i z babcią: czekolada w Wedlu. Tylko za tym pierwszym razem niesamowicie mi smakowała... Jakieś szkolenie z tatą: jeden jedyny raz, kiedy przechodziłam krakowskim rynkiem bardzo rano i było jeszcze cicho i pusto! Potem z Ł. - może nie pierwszy, ale drugi pocałunek w deszczu po koncercie Branforda Marsalisa. Koncercie, którego część przespacerowałam w kuluarach, bo w sali było... za głośno. Jakiż musiał być skonsternowany ten mój miłośnik jazzu, ale chyba mi wybaczył pod tym parasolem i nawet się ze mną ożenił ;-) Rok później festiwal kultury żydowskiej, romantyczne spacery. Ciastko Dzwon Zygmunta z kultowej cukierni Starowicza, pożerane na plantach. Buszowanie w kilkupiętrowym Empiku w Rynku, którego dziś już nie ma, bo wyparła go Zara... Czajownia na Kazimierzu: magiczna za pierwszym razem, niestety, nie dało się powtórzyć tej atmosfery przy kolejnym pobycie... Obiad w "Arielu" cztery lata temu : wystawny, ale smutny. Wyjechaliśmy wtedy z domu po pogrzebie Antosia zmienić klimat, ale nic się  nie kleiło. Od kwatery na IV piętrze z połamanym stalażem łóżka, przez auto zastępcze bez klimatyzacji, za to z awarią centralnego zamka, po nawał mleka, który zaskoczył mnie totalnie dwa tygodnie po porodzie. Łzy w sanktuarium Miłosierdzia. Wypadało  więc  wrócić po latach z radością i wdzięcznością, już nie w dwójkę, ale z dwójką. 
Zależało mi, żeby przejść się znów po  krakowskich zakątkach, ale...  :-) Okazało się to bardziej męczące, niż myślałam. Kakofonia dźwięków porażająca: z lewej cygański maluch z akordeonem, z prawej dziewuszka rzępoląca na skrzypkach pod okiem surowego taty-tresera, w tle artystka operowa, a środkiem grupa krisznowców w kolorowym transie. Tłum rozstępujący się przed końskimi zaprzęgami, niczym wody Morza Czerwonego przed Izraelitami. Przed nami się niestety nie rozstępował.

Natychmiast włączył mi się foch i odruch ucieczki, ale skoro już tam byliśmy... Gofra zjadłam, nawet nie był zły... Kawa jakakolwiek w obstawie dziecięcej nie była możliwa, nie mówiąc o  romantycznych lokalach.




Mój sentyment pękł jak bańka mydlana. Myślę, że na długo wyleczyłam się z Krakowa... A na pewno nigdy więcej w sezonie, w dzień wolny od pracy. Tylko czy tam kiedykolwiek bywa inaczej...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Desery dla mamy karmiącej skazańca białkowego :-)

Pomyślałam, że przygotuję sobie taką linkownię do sprawdzonych przy Ani przepisów, bo skaza lubi się w rodzinie powtarzać... Poza tym to bardzo smaczne przekąski, a tych nigdy za wiele, prawda? Może komuś się przyda.
Ps. Zauważyłam, że blog ostatnio zrobił się mocno kulinarny ;-)



Uniwersalne muffinki

"Biszkopt" na bardziej wykwintne ciasto lub tort

Rozpustny tort czekoladowy, jeśli nie będzie uczulało kakao

Genialny murzynek karobowy

Bajaderki karobowe

Piszinger karobowy

Drożdżówka - raczej nie zawiedzie, bo pulchność zapewniają drożdże, nie jajka

Piernik

Przepisy z Pysznej diety nigdy mnie nie rozczarowały. Są proste, nie wymagają wyszukanych składników, jak czasem na innych blogach wegańskich.

Kruche ciasteczka lub ciasto, ewentualnie krucho-drożdżowe z owocami. Przepisy generalnie łatwo modyfikować, pomijając jajko i nabiał. Masło można zastąpić margaryną z każdego dyskontu (nie może zawierać masła lub serwatki), tudzież olejem - najzdrowiej.
Często robięTO 

Kremówka: ciasto francu…

Wyzwanie Minimalistki - tydzień drugi

18-24 stycznia 2015

Dzień 8 Gotuję nową potrawę

Żeby nie było tak monotonnie w kuchni :-) Wertujemy książkę Pascala i Okrasy, wybór pada na eskalopki indycze w papilotkach. Polecam :-)
ORYGINALNY PRZEPIS

Ps. Wersja dla mnie z bulionem zamiast śmietany była dużo gorsza :( indyk był twardy i smakował jak wygotowane mięso z rosołu. Ziemniaki bez zapieczonego sera to też nie to :-)

Dzień 9 Tworzę listę marzeń...

...ale w głowie, nie mam ochoty ich spisywać. Różne są, od banalnych i aktualnych pod tytułem masaż i przespana noc, po takie z gatunku, których spełnienia nie oczekuję, bo to są takie marzenia do pomarzenia :-)
Jakoś nie widzę związku tego zadania z minimalizmem czy prostym życiem...

Dzień 10 Opuszczam swoją strefę komfortu

Wybieram się z dziećmi na spotkanie "klubu mam".
Czy było warto... Nie wiem. Zrobiłam coś innego, coś nawet wbrew sobie. Co dało mi to wyjście, poza zmęczeniem i ubytkiem 20 zł w portfelu? Merytorycznie nic, jak napisałam na drugim bogu. Nikogo nie pozna…

Koniec lata

Jakoś tak mam jesienią, że robię się bardziej sentymentalna... Bardziej też dotykają mnie niektóre sprawy, częściej się wzruszam. Włączam stare płyty, odgrzebujemy jakieś antyczne starocie filmowe :-) Myślę o dawnych znajomych, choć od lat nie mamy kontaktu. Oglądam zdjęcia z młodosci ;P
Pojechałabym w góry... Ja, która wybitnym górołazem nie jestem i na obozie studenckim zawsze wybierałam najłatwiejsze trasy albo dyżur w kuchni. Piękne to były czasy... Wrzesień mi to wszystko przypomina. 



Zatęskniłam też za robótkami, bo marznę i postanowiłam coś zrobić na drutach albo szydełku, koniecznie z wełny, bo czapki wokół tylko akrylowe. Czas jest, bo od kiedy dzieci same zasypiają, wieczorne rytuały idą nam bardzo sprawnie i pojawił się nieznany nam dotąd czas dla rodziców po dwudziestej :-)


Ostatnio wspominaliśmy trochę lato.  Dla mnie osobiście bardziej relaksujące, niż rok temu, bo z niemowlęciem na ręku trudno mówić o jakimś sensownym wypoczynku... Brożek wtedy jeszcze nie chodził, więc o…