Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2017

A long way from home

Mam pomysły na kolejne wpisy, kilka fajnych książek w czytaniu. I cóż z tego... Jest jak jest :-) Ale malowanie skończone! Metodą prób i błędów, zmęczenia fizycznego - Łukasz i psychicznego - ja, po dwóch miesiącach możemy zamknąć (prawie) ten rozdział. Pozostało dopieścić szczegóły wystroju i pomyśleć o świątecznych dekoracjach. Jak już domknę temat kalendarza adwentowego...

Ostatnio w kółko leci u nas (jeśli nie akurat małe TGD dla dzieci) nowa płyta Avishaia Cohena, to moje dwa ulubione tracki:

otwierający album Song of hope 


I drugi pod względem "fajności" Motherless child


Ten z kolei doskonale koresponduje tematycznie z filmem, który ostatnio obejrzałam: Lion. Droga do domu.


Historia prawdziwa. Z happy endem. Powiedzmy, że zakończenie jest szczęśliwe, ale ogólnie jednak, jak się dziecko zagubi i odnajdzie po 25 latach, to jednak długo jest... ;-) A w Indiach co roku gubi się osiemdziesiąt tysięcy dzieci! Polecam! Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka - takie połączenie ma …

Pohyggujemy trochę?

Podobno hyggują wszyscy, którzy akurat z hygge się nie śmieją. A ja mam problem, bo idea jest mi szalenie bliska. Ale nie mam zielonego pojęcia, jak spolszczyć ten termin... Zazdroszczę Duńczykom, że mają słowo - klucz, którym mogą tyle wyrazić i które zawiera ich skondensowaną receptę na szczęście. Chociaż ich język "dla cudzoziemca brzmi tak, jakby ktoś mówił po niemiecku z gorącym ziemniakiem w ustach". Inni porównują duński z kaszlem chorej foki, czego nie jestem w stanie zweryfikować :-) Jako żywo z fokami (i to przeziębionymi) niewiele mamy w Polsce do czynienia. Ale skoro tak twierdzi Meik Viking, dyrektor instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze :-) I autor książki, którą ostatnio w końcu przeczytałam, bo pojawiła się w bibliotece.

Przyznaję, że miałam na nią chrapkę w zeszłym roku, gdyż jest bardziej treściwa od pozycji, którą ostatecznie wybrałam, ale małe literki i format przegrały ostatecznie z pięknymi zdjęciami ;-) Ostatnio natomiast natknęłam się w Empiku…

Dwa filmy na jesienne wieczory

Komedia i dramat, co komu akurat potrzeba :-) Takie, co to na wesoło bawisz się do łez, lekko i przyjemnie, ale z klasą, na smutno zaś nie nadążasz z emocjami do ostatniej minuty, przy czym zakończenie zostawia cię ze znakiem zapytania... Akurat ja należę do osób, które lubią, kiedy opowieść kończy się dobrze. Jak się kończy źle, to Ł. się śmieje z mojej naburmuszonej reakcji, ale jak to, ale czemu. Natomiast kiedy nie wiadomo jak się właściwie skończyło, to już dramat ;-) Takich filmów nie potrafię zapomnieć. Może znacie to uczucie, że już wiecie, kto jest dobry, kto zły, kto winny, kto niewinny, a tu bach - nowy szczegół wywraca ci to wszystko do góry do nogami. Taki właśnie jest Fahradi. Jego filmów nie ogląda się dla relaksu. Natomiast napad na bank w wykonaniu trzech starszych panów - jak najbardziej :-)
W starym, dobrym stylu


Przeszłość


Perfekcjonizm niejedno ma imię

Jakoś tak otarłam się ostatnio o temat perfekcjonizmu i być może dobrze by mi zrobiło podrążyć go nieco głębiej. W przypadki nie wierzę. Może to jakiś znak :-) Gdzieś w głębi serca jestem na pewno taką niespełnioną perfekcjonistką. Chociaż na pozór nie mam wiele wspólnego z pewnym moim wyobrażeniem perfekcyjnej żony i matki, idealnej gospodyni, spełnionej kobiety, pracowitej i samodzielnej, pewnej siebie, swojego stylu, decyzji, wyborów - od metod wychowawczych po zakupy. Chociaż Ł. powiada, że z taką mną by się nie ożenił ;-) Może ma rację. Ja Pana Idealnego też bym się bała :-)
Perfekcjonista według słownika to nie tylko człowiek perfekcyjny, ale także ten chcący osiągnąć perfekcję. Ja w wielu dziedzinach bym chciała... A że nie potrafię - bywam często sfrustrowana i niezadowolona z siebie. Nie wiedziałam natomiast, że wyróżnia się aż kilkanaście typów perfekcjonistów, z czego w kilku spokojnie mogę się odnaleźć... Może nie jestem pedantką, może nie profesjonalistką w każdym calu,…

Jesienny zastrzyk słońca

Spełniło się moje małe marzenie o wypadzie w góry jesienią! Dodajmy - ciepłą, złotą, polską jesienią :-) Coś pięknego... Pogoda była tak cudowna w miniony weekend, że wyciągnęła na szlak tłumy ludzi. Nie było takiej możliwości, żeby w Samotni poczuć choć gram samotności ;-) Ostatnio byliśmy tam razem dziewięć lat temu, aż nie do wiary. Cieszę się, że pokazaliśmy dzieciom ten piękny zakątek, w końcu były już w Beskidach, Tatrach i Pieninach, a w naszych najbliższych Karkonoszach dopiero teraz i bardzo krótko. Ale zawsze coś :-)


 Z wymiany rur w łazience zrobił nam się mały remont. Szczerze wierzyłam, że zajmie to dwa dni - zajęło dwa tygodnie i kosztowało sporo frustracji. Ponieważ pękła ściana w pokoju obok, trzeba było odsunąć regały i jakoś je wkomponować pod okno, obok kabiny prysznicowej ;-) Dziurę zagipsować, wysuszyć, odmalować, jeszcze śmierdzi farbą... Ale już książki można wstawiać z powrotem na półki. Salon odhaczony. Trzeba jeszcze pomalować ścianę u dzieci, gdzie też dwa…

Lura i śliwki

Lura, czyli Maria de Lurdes Pina Assunção - wokalistka z Wysp Zielonego Przylądka. Ostatnio koncertowała w Polsce. Ponieważ w drodze z urlopu słuchaliśmy trójkowej Sjesty, dobrze zapamiętałam ten pseudonim:-) Tak jak w tamtą niedzielę poprawiała nam humor w strumieniu wody z nieba i spod kół mijanych ciężarówek, tak teraz rozwesela mi jesień. Dzięki Kydryńskiemu poznałam w ogóle taki termin, jak "muzyka luzofońska":) I bardzo mi ten nurt pasuje, kiedy za oknem mało słońca... 
Jesień kojarzy mi się z dynią, miodem, kasztanami, wrzosem, szelestem liści. Z deszczem też - kupiłam parasol w kolorowe groszki. I chłodem - w szafie rewolucja. Jako remedium na ponure jesienne wieczory, zainaugurowaliśmy wieczory z Netflixem i zgłębiamy kolejne sezony Wikingów. A od grudnia ma powrócić mój ulubiony serial - The Crown :-) Dla dzieci odkryłam kopalnię świetnych bajek, więc nie mam pewności, czy zrezygnuję z tego portalu po darmowym  miesiącu próbnym;-)
A tytułowe śliwki? Chciałam zrob…

Stara miłość nie rdzewieje

Pieniny mam zapisane w genach :-) Wielokrotne pobyty za dzieciaka w Krościenku i okolicach zostawiły trwały sentyment. Na studiach próbowałam zapałać miłością do Tatr, ale Giewont okazał się szczytem moich możliwości :-) Za wysoko, za długo, zbyt wiele potu i łez ;-) Przecież to nie nikt inny z naszej dość licznej rodziny, tylko ja we własnej osobie, jako początkująca nastolatka, położyłam się pod krzakiem w drodze na Gęsią Szyję i oznajmiłam rodzicom, że dalej nie idę. Poszłam, ale na obozie studenckim ten szlak od początku był na indeksie tras zakazanych. A jest chyba najłatwiejszy (nie licząc dolin), więc nie wiem, jakim cudem doszłam na Giewont, chyba na skrzydłach rówieśniczej ambicji ;-) Pieniny są więc idealne, jak na mój gust. Nie tak majestatyczne, groźne, męczące i czasochłonne, a równie malownicze. Przyjazne i dostępne. Idealne na urlop z małymi dziećmi. Mieliśmy dużo frajdy, że swoimi małymi stópkami wydreptują szlaki naszej podróży poślubnej, że jedzą lody "U Marysi&…

Lekcje do odrobienia

Jeden z pierwszych postów w Marteczniku został zainspirowany postacią pewnej Włoszki, niesamowicie pięknej, dzielnej młodej mamy. Historia jej życia bardzo mnie wtedy poruszyła i nadal robi wrażenie, zwłaszcza po informacji o rozpoczęciu 13 czerwca br. procesu beatyfikacyjnego Chiary Corbelli Petrillo, dokładnie 5 lat po śmierci. Na portalu Aleteia pojawiły się ostatnio dwa artykuły na jej temat. Utkwiło mi w pamięci zwłaszcza jedno zdanie, które powiedział w wywiadzie Enrico, mąż: Wcale nie była odważna. Kiedy chodziła do szkoły, nigdy nie zgłaszała się na ochotnika. (...) To nie była przebojowa kobieta, która bierze się za bary ze światem. Nie, ona miała wiarę. Wiara i odwaga to dwie różne rzeczy. Przeciwieństwem strachu nie jest odwaga, lecz wiara. W wierze siłę daje ci Ktoś Inny. Odwaga oznacza, że próbujesz sobie radzić sam. Ona była silna siłą Kogoś Innego.
Do synka napisała : Cokolwiek w życiu będziesz robił, będzie to miało sens, o ile będziesz to robił dla życia wieczne…

Dzień moich maluchów i przepis na uzależniające ciasteczka czekoladowe

Uwielbiam ten moment, kiedy w moją dłoń wsuwa się pulchna dziecięca łapka. Choćbym myślała o czymś innym, świadomość zawsze rejestruje tę chwilę, tak jakby w czasie zetknięcia naszych rąk przeskakiwała niewidoczna iskierka miłości:) Rączki Brozia są jeszcze mięciutkie, ciepłe, na ogół brudne i ciągną w inna stronę ;) Pięcioletnie dłonie Ani już wysmuklały, choć nadal są przecież małe... Zdarza się, że kiedy maluję sobie paznokcie, przybiega i też prosi. Właśnie zdałam sobie sprawę, że przez cały tydzień chodziła do przedszkola z różowymi;)
Kolekcjonuje wszystkie buziaki i tulasy, każdy przejaw czułości, zaufania, tęsknoty, nawet strachu czy bólu, kiedy niezbędna jest mama... Choćby tata był w pobliżu, choćby ręce zajęte zakupami, choćby piętrzyły się inne pilne sprawy. Wiem, że ten etap się wkrótce skończy, szybciej niż się wydaje i będzie mi naszej bliskości brakowało, choć czasem od nadmiaru jednak głowa boli. A mówią, że nie;)
To właśnie dały mi dzieci-poczucie, że jestem komuś n…

Mamusiowe święto

Z okazji Dnia Matki pojawia się tyle tekstów okolicznościowych na blogach, że odpuszczam temat :) Zresztą śledzę już teraz bardzo niewiele stron... Czyszczę nieco głowę, trochę mi jednak szkoda, bo znam kilka kapitalnych blogów, a wiem, że jest dużo więcej, jeszcze przeze mnie nieodkrytych.  I omija mnie. To, czym się inne mamy dzielą.  Takie blogowo-macierzyńskie FOMO... 
ALE na długo przed naszym symbolicznym świętem, trafiłam na kilka wpisów, które mnie poruszyły, bo... takie jest właśnie moje życie. Jak milionów innych mam. Z podobnych elementów się składa, o podobnych rzeczach na co dzień zapominam i cieszę się, że ktoś mi życzliwie przypomni. I to tak, że tylko pozazdrościć lekkości pióra :-) Warto przeczytać, co o perfekcyjnie nieidealnej mamie napisała Dagmara, jakimi przemyśleniami o odwadze do bólu zwyczajnego życia i gotowania mało fotogenicznego rosołu podzieliła się Maja, wreszcie tekst Marty - naprawdę tak dobry, że cały bym chętnie zacytowała :-) Zresztą jej blog to mo…

Poranek

Jest 9:00. Zazwyczaj od dwóch godzin w porannym rozruchu towarzyszy mi Brożuś. Dziś słodko  odsypia jeszcze nocne harce, a ja rozkoszuję się ciszą. To takie rzadkie w moim życiu :-) Teoretycznie mogłabym sobie sama organizować takie błogie chwile samotności, wstając wcześniej. Duużo wcześniej. Tak robią niektóre matki. Ale mnie się to nie kalkuluje ;-) Uwielbiam za to takie niespodzianki, jak dziś. Porządek w kuchni, tykanie zegara, spontaniczna i szczera modlitwa, idealnie gorąca herbata, chrupiące jabłko i ten strumień myśli, który mam możliwość od razu przelewać na bloga. W nocy miałam co prawda nieco inne zdanie na ten temat synowskich fanaberii, ale nie ma tego złego. Zostało mi wynagrodzone ;)
Pomyślałam dzisiaj, że trochę jestem takim robotnikiem ostatniej godziny... Bardziej cenię czas spędzany tylko z synkiem. Minęło 2,5 roku od jego urodzenia - od kolejnej wielkiej życiowej zmiany, kiedy nasz świat ponownie stanął na głowie i tak naprawdę dopiero wraca sukcesywnie do ró…

Łyżka melancholijnego dziegciu

Ostatnio sąsiadka ucieszyła się, że wreszcie widzi mnie uśmiechniętą. Podobno całą zimę chodziłam smutna. 

Moja rodzona córka w wieku pięciu lat zastanawia się, czy urodzi kiedyś chłopca czy dziewczynkę. 
-Może i to i to?-zgaduję. 
-Dwoje? Raczej jedno, nie chcę być tak zmęczona jak ty, mamusiu.

Tymczasem ja nie jestem smutna! Ani zmęczona. Po prostu mam taką fizjonomię poważną :-) To że moje nastroje falują w zależności od różnych czynników też chyba nie jest czymś niespotykanym w przyrodzie. To są zresztą takie naskórkowe wahania, które nie naruszają sensu i kierunku mojego życia ani poczucia szczęścia.
Prawda jest taka, że czy się to komuś podoba czy nie - a  czasem się nie podoba, bo jest "dziwne"- jestem melancholiczką, w dodatku introwertyczką, co wydaje się katastrofalnym połączeniem... Przeżywam wiele i nie zapominam niczego. Ale nie lubię o tym mówić. Wolę słuchać i obserwować. Nie lubię się spierać, dyskutować, wojować ze światem, męczą mnie przebywanie w dużej g…

Wiara jak sitko dziurawa

W jednych z życzeń, które dostaliśmy przed Świętami znalazł się wiersz ks. Twardowskiego. Poeci to jednak mądrzy ludzie są ;)

"Nie umiem być srebrnym aniołem -
ni gorejącym krzakiem -
tyle zmartwychwstań już przeszło -
a serce mam byle jakie.


Tyle procesji z dzwonami -
tyle już Alleluja -
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja."


Ten fragment to sedno moich corocznych frustracji wielkanocnych... Bo ciągle na dystans, ciągle bez zaangażowania serca, ciągle pod dyktando przyziemnych spraw i rozmów o niczym. 
Moja uczuciowa natura pragnęła choć szczypty emocji, łezki przy grobie, dogłębnego przejęcia tajemnicą zmartwychwstania, a musiała ponownie zadowolić się świadomością, że TO się dokonało. Dla mnie także, ale jakby poza mną. Bo byłam zaabsorbowana  pakowaniem prowiantu i połowy domu na wyjazd, który właściwie miał ułatwić, a nie utrudnić. Dodać przynajmniej 100 jak nie 1000 punktów do przeżycia Wielkiej Nocy... Bo byłam zajęta utyskiwaniem na korki, okazywaniem niezado…

Bałagan na patelni, czyli szakszuka z peczukiem

Shakshouka to takie danie, do którego można uprzątnąć z lodówki różne resztki, zwłaszcza po świętach. Podobno ma tyle wersji, ilu kucharzy ją przyrządza, a oznacza "bałagan". Nie jestem w stanie zweryfikować, czy naprawdę tak się tłumaczy, ale tak właśnie wygląda na patelni :) I smakowicie pachnie... Syci i gwarantuje błogi start w sobotnie obowiązki :) Dziś zrobiłam pierwszy raz, na pewno nie ostatni, ileż można jeść klasyczną jajecznicę ;) Wykorzystałam posiekaną cebulę, dwa ząbki czosnku, resztkę kiełbasy jałowcowej, puszkę pomidorów, różne przyprawy-wszystko podsmażone na patelni, na to cztery jajka do ścięcia i żółty ser do posypania oraz pietruszka. Dla Ambrożego oczywiście "peczuk"... Bo czemu nie jeść pomidorów z keczupem, skoro można żurawinę, oliwki i makaron na słodko? Pyszne odkrycie, które zawdzięczam Kameralnej:)
Natomiast Edycie z Wichrowego Wzgórza długo będę wdzięczna za inny przepis - kosmetyczny, choć też z jadalnych składników. Dezodorant z ole…

Mój osobisty MEN

Prawie już wpadałam w objęcia Morfeusza, kiedy mój ukochany doszedł do wniosku, że powinny to być raczej jego ramiona...
-Śpisz? -Mmm... -Opowiedz mi coś, bo nie mogę zasnąć...
Z początku niemrawo, potem z coraz większym ożywieniem zaczęliśmy wspominać licealne czasy, nie wiem co mnie podkusiło. Brak pomysłu na elokwentną konwersację chyba ;) W każdym razie przez mnie Ł. przyśnił się potem w nocy koszmar! A mianowicie zaproponowano mu tekę ministra edukacji. Musicie wiedzieć, że rzadko pamięta swoje sny i zawsze są do bólu realistyczne, ten zapewne też taki był. Co też musiał przeżywać, biedaczek, kiedy zdał sobie sprawę, że kompletnie się na edukacji nie zna. Śmiałam się z niego przez cały dzień, a na obiad zaserwowałam ministerialne kopytka w edukacyjnym sosie:)

Teatr absurdu

Film, który ogląda się ze ściśniętym sercem. Boleśnie aktualny. Szczery do bólu. Czasem rozbawi, ale w specyficzny sposób. Cichy, spokojny, bez dramatycznych zwrotów akcji, taki bardzo ludzki, zwyczajny. Nie zobaczymy młodych i pięknych bohaterów, albo przynajmniej bogatych czy zaradnych - to nie jest opowieść z gatunku bajkowej odskoczni do lepszego świata. Ta historia dzieje się tuż obok nas...
Sama nie wspominam najlepiej swoich kontaktów z urzędem pracy, ale od nich nic w moim życiu tak naprawdę nie zależało.

Dla niektórych to walka o wszystko, dosłownie. O zdrowie, o życie, o godność. A ci niektórzy, gdzieś tam i na szczęście nie my, to jutro możemy być właśnie my.
Wstrząsnął mną swego czasu wpis Marzeny Erm - idealnie pasuje do świata, który zobaczyłam wczoraj. "To nie koniec upokorzeń. Kazano mi rozebrać się do bielizny i w obecności męskiej części komisji przechadzać się po sali prawie naga. Czemu miało to służyć? Czy raka albo słabą odporność widać w sposobie stawian…

Multitasking niedzielny

Śmiałam się dziś z "Typów rodziców uczestniczących we mszy dla dzieci", pewnie dlatego, że znam ten ból z autopsji :) Przerabialiśmy i spacerowicza, i luzaka, i zestresowanego, i tragarza. Pecha nigdy nie mieliśmy. Panika też nam się nie zdarzała, ale wszystko przed nami, bo zaczęliśmy ostatnio częściej chodzić całą rodziną. Choć niekoniecznie na mszę dla dzieci, bo poziom decybeli i ogólnego rozluźnienia jest bardziej demoralizujący, niż pouczający, jeśli chodzi o naukę zachowania w kościele...
Mogłabym dodać do listy pozycję "rodzic zazdrośnik" - zazdrości innym dziecka śpiącego całą mszę/siedzącego na kolanach/bawiącego się po cichu/mówiącego szeptem. I "rodzic sfrustrowany" - bo zasadniczo przyszedł w innym celu, niż temperowanie potomstwa...
Zgadywanie z wyprzedzeniem niecnych zamiarów w stylu obrywanie kwiecia, przewracanie świeczników, spadanie z ławki, potykanie się o kabel od mikrofonu scholi czy wzajemne niesnaski oraz nieporozumienia w sł…

Love story na babski wieczór

Ckliwie to  brzmi, ale tak jest - uwielbiam nastrojowe filmy o miłości :-) Najlepiej w stylu retro, z pięknymi zdjęciami, kostiumami, muzyką, kobiecymi kobietami i męskimi mężczyznami. Takie, które ogląda się mniej rozumem, gubiąc się w sensacyjnej intrydze, a bardziej sercem - dyskretnie roniąc łezki. Żeby mąż się nie śmiał... A najlepiej jak męża nie ma i można płakać całkiem otwarcie:-) Dlatego "Światło między oceanami" zostawiłam sobie na taką właśnie samotną okazję i poszłam spać z zapuchniętymi oczami i złamanym sercem :-) Wiedziałam, że tak będzie... 






Innym cudownym filmem, którego Ł. także nie chciał ze mną oglądać jest "Teoria wszystkiego". Zupełnie nie rozumiem dlaczego ;-)  W każdym razie "Polskę i jej sąsiadów za czasów Jagiellonów" uznał tego wieczoru za znacznie bardziej wciągającą i pouczającą, niż historię małżeństwa Jane i Stephena Hawkingów. Nie ta epoka :-)
Jeśli chodzi o dobór filmów widać, że mężczyźni są jednak z Marsa, a kobiety z W…

Wierzyć to znaczy...

... kroczyć po wodzie. Jak w piosence :-) Może nie tylko, ale ta metafora do mnie przemawia.


Wczoraj trafiłam na fragment z czternastego rozdziału Ewangelii Mateusza - o chodzeniu po wodzie. Poruszył mnie wyjątkowo mocno, bo terenem moich zmagań duchowych od kiedy pamiętam jest lęk. A najsilniejszą potrzebą - bezpieczeństwo, przewidywalność, stabilizacja życiowa...

W zasadzie sytuacja opisana przez Mateusza trafia w sedno moich problemów.

Miotam się w tej życiowej łódeczce, ale przynajmniej mam twardy grunt pod  nogami. Tęsknię za czymś więcej, niż ta mała chybotliwa przestrzeń, ale boję się ryzykować. Deklaruję, że Bóg jest dla mnie ważny, ale nie potrafię mu do końca zaufać. Kiedy myślę, że chyba tak, okazuje się, że jednak nie.  Czasem czuję się zdolna do wielkich rzeczy, a czasem do niczego. Wzloty i upadki to moja codzienność, w każdej dziedzinie.

"Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!"

"Przyjdź"

Tak po prostu? Dobra, to idę. Głęboko tu…

Post

Za oknem iście wiosenna ulewa... Deszcz bębni o parapet, dzieci bębnią nogami o kanapę - trenują skoki narciarskie...

-Mamo, on zamierza się stoczyć!
-Możesz mu pomóc.
:)
Dzień zmierza ku końcowi.

Zachciało mi się budyniu malinowego z sokiem... Nie wiem, czemu:) Brozik oglądał dzisiaj odcinek Maszy, w którym owo diablątko w dziewczęcej skórze gotuje różowa kaszę i tak mi się skojarzyło... Strasznie sugestywne są te bajki:) Niestety: im bardziej chcę coś odstawić, tym silniej jestem uzależniona. Słodycze, internet... Przestałam zaglądać na niektóre blogi i obserwować najbardziej absorbujące grupy na fb, wyłączyłam powiadomienia i co. Dalej przychodzą. A nie chcę posuwać się do ostateczności i kasować konto, czasem się przydaje. Wolałabym jakoś po dobroci zapanować nad tym:) W sam raz zadanie na Wielki Post... 
rysunek ze strony Filozofia dla zepsutych dzieci na fb