Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2017

Dzień moich maluchów i przepis na uzależniające ciasteczka czekoladowe

Uwielbiam ten moment, kiedy w moją dłoń wsuwa się pulchna dziecięca łapka. Choćbym myślała o czymś innym, świadomość zawsze rejestruje tę chwilę, tak jakby w czasie zetknięcia naszych rąk przeskakiwała niewidoczna iskierka miłości:) Rączki Brozia są jeszcze mięciutkie, ciepłe, na ogół brudne i ciągną w inna stronę ;) Pięcioletnie dłonie Ani już wysmuklały, choć nadal są przecież małe... Zdarza się, że kiedy maluję sobie paznokcie, przybiega i też prosi. Właśnie zdałam sobie sprawę, że przez cały tydzień chodziła do przedszkola z różowymi;)
Kolekcjonuje wszystkie buziaki i tulasy, każdy przejaw czułości, zaufania, tęsknoty, nawet strachu czy bólu, kiedy niezbędna jest mama... Choćby tata był w pobliżu, choćby ręce zajęte zakupami, choćby piętrzyły się inne pilne sprawy. Wiem, że ten etap się wkrótce skończy, szybciej niż się wydaje i będzie mi naszej bliskości brakowało, choć czasem od nadmiaru jednak głowa boli. A mówią, że nie;)
To właśnie dały mi dzieci-poczucie, że jestem komuś n…

Mamusiowe święto

Z okazji Dnia Matki pojawia się tyle tekstów okolicznościowych na blogach, że odpuszczam temat :) Zresztą śledzę już teraz bardzo niewiele stron... Czyszczę nieco głowę, trochę mi jednak szkoda, bo znam kilka kapitalnych blogów, a wiem, że jest dużo więcej, jeszcze przeze mnie nieodkrytych.  I omija mnie. To, czym się inne mamy dzielą.  Takie blogowo-macierzyńskie FOMO... 
ALE na długo przed naszym symbolicznym świętem, trafiłam na kilka wpisów, które mnie poruszyły, bo... takie jest właśnie moje życie. Jak milionów innych mam. Z podobnych elementów się składa, o podobnych rzeczach na co dzień zapominam i cieszę się, że ktoś mi życzliwie przypomni. I to tak, że tylko pozazdrościć lekkości pióra :-) Warto przeczytać, co o perfekcyjnie nieidealnej mamie napisała Dagmara, jakimi przemyśleniami o odwadze do bólu zwyczajnego życia i gotowania mało fotogenicznego rosołu podzieliła się Maja, wreszcie tekst Marty - naprawdę tak dobry, że cały bym chętnie zacytowała :-) Zresztą jej blog to mo…

Poranek

Jest 9:00. Zazwyczaj od dwóch godzin w porannym rozruchu towarzyszy mi Brożuś. Dziś słodko  odsypia jeszcze nocne harce, a ja rozkoszuję się ciszą. To takie rzadkie w moim życiu :-) Teoretycznie mogłabym sobie sama organizować takie błogie chwile samotności, wstając wcześniej. Duużo wcześniej. Tak robią niektóre matki. Ale mnie się to nie kalkuluje ;-) Uwielbiam za to takie niespodzianki, jak dziś. Porządek w kuchni, tykanie zegara, spontaniczna i szczera modlitwa, idealnie gorąca herbata, chrupiące jabłko i ten strumień myśli, który mam możliwość od razu przelewać na bloga. W nocy miałam co prawda nieco inne zdanie na ten temat synowskich fanaberii, ale nie ma tego złego. Zostało mi wynagrodzone ;)
Pomyślałam dzisiaj, że trochę jestem takim robotnikiem ostatniej godziny... Bardziej cenię czas spędzany tylko z synkiem. Minęło 2,5 roku od jego urodzenia - od kolejnej wielkiej życiowej zmiany, kiedy nasz świat ponownie stanął na głowie i tak naprawdę dopiero wraca sukcesywnie do ró…

Łyżka melancholijnego dziegciu

Ostatnio sąsiadka ucieszyła się, że wreszcie widzi mnie uśmiechniętą. Podobno całą zimę chodziłam smutna. 

Moja rodzona córka w wieku pięciu lat zastanawia się, czy urodzi kiedyś chłopca czy dziewczynkę. 
-Może i to i to?-zgaduję. 
-Dwoje? Raczej jedno, nie chcę być tak zmęczona jak ty, mamusiu.

Tymczasem ja nie jestem smutna! Ani zmęczona. Po prostu mam taką fizjonomię poważną :-) To że moje nastroje falują w zależności od różnych czynników też chyba nie jest czymś niespotykanym w przyrodzie. To są zresztą takie naskórkowe wahania, które nie naruszają sensu i kierunku mojego życia ani poczucia szczęścia.
Prawda jest taka, że czy się to komuś podoba czy nie - a  czasem się nie podoba, bo jest "dziwne"- jestem melancholiczką, w dodatku introwertyczką, co wydaje się katastrofalnym połączeniem... Przeżywam wiele i nie zapominam niczego. Ale nie lubię o tym mówić. Wolę słuchać i obserwować. Nie lubię się spierać, dyskutować, wojować ze światem, męczą mnie przebywanie w dużej g…

Wiara jak sitko dziurawa

W jednych z życzeń, które dostaliśmy przed Świętami znalazł się wiersz ks. Twardowskiego. Poeci to jednak mądrzy ludzie są ;)

"Nie umiem być srebrnym aniołem -
ni gorejącym krzakiem -
tyle zmartwychwstań już przeszło -
a serce mam byle jakie.


Tyle procesji z dzwonami -
tyle już Alleluja -
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja."


Ten fragment to sedno moich corocznych frustracji wielkanocnych... Bo ciągle na dystans, ciągle bez zaangażowania serca, ciągle pod dyktando przyziemnych spraw i rozmów o niczym. 
Moja uczuciowa natura pragnęła choć szczypty emocji, łezki przy grobie, dogłębnego przejęcia tajemnicą zmartwychwstania, a musiała ponownie zadowolić się świadomością, że TO się dokonało. Dla mnie także, ale jakby poza mną. Bo byłam zaabsorbowana  pakowaniem prowiantu i połowy domu na wyjazd, który właściwie miał ułatwić, a nie utrudnić. Dodać przynajmniej 100 jak nie 1000 punktów do przeżycia Wielkiej Nocy... Bo byłam zajęta utyskiwaniem na korki, okazywaniem niezado…

Bałagan na patelni, czyli szakszuka z peczukiem

Shakshouka to takie danie, do którego można uprzątnąć z lodówki różne resztki, zwłaszcza po świętach. Podobno ma tyle wersji, ilu kucharzy ją przyrządza, a oznacza "bałagan". Nie jestem w stanie zweryfikować, czy naprawdę tak się tłumaczy, ale tak właśnie wygląda na patelni :) I smakowicie pachnie... Syci i gwarantuje błogi start w sobotnie obowiązki :) Dziś zrobiłam pierwszy raz, na pewno nie ostatni, ileż można jeść klasyczną jajecznicę ;) Wykorzystałam posiekaną cebulę, dwa ząbki czosnku, resztkę kiełbasy jałowcowej, puszkę pomidorów, różne przyprawy-wszystko podsmażone na patelni, na to cztery jajka do ścięcia i żółty ser do posypania oraz pietruszka. Dla Ambrożego oczywiście "peczuk"... Bo czemu nie jeść pomidorów z keczupem, skoro można żurawinę, oliwki i makaron na słodko? Pyszne odkrycie, które zawdzięczam Kameralnej:)
Natomiast Edycie z Wichrowego Wzgórza długo będę wdzięczna za inny przepis - kosmetyczny, choć też z jadalnych składników. Dezodorant z ole…

Mój osobisty MEN

Prawie już wpadałam w objęcia Morfeusza, kiedy mój ukochany doszedł do wniosku, że powinny to być raczej jego ramiona...
-Śpisz? -Mmm... -Opowiedz mi coś, bo nie mogę zasnąć...
Z początku niemrawo, potem z coraz większym ożywieniem zaczęliśmy wspominać licealne czasy, nie wiem co mnie podkusiło. Brak pomysłu na elokwentną konwersację chyba ;) W każdym razie przez mnie Ł. przyśnił się potem w nocy koszmar! A mianowicie zaproponowano mu tekę ministra edukacji. Musicie wiedzieć, że rzadko pamięta swoje sny i zawsze są do bólu realistyczne, ten zapewne też taki był. Co też musiał przeżywać, biedaczek, kiedy zdał sobie sprawę, że kompletnie się na edukacji nie zna. Śmiałam się z niego przez cały dzień, a na obiad zaserwowałam ministerialne kopytka w edukacyjnym sosie:)

Teatr absurdu

Film, który ogląda się ze ściśniętym sercem. Boleśnie aktualny. Szczery do bólu. Czasem rozbawi, ale w specyficzny sposób. Cichy, spokojny, bez dramatycznych zwrotów akcji, taki bardzo ludzki, zwyczajny. Nie zobaczymy młodych i pięknych bohaterów, albo przynajmniej bogatych czy zaradnych - to nie jest opowieść z gatunku bajkowej odskoczni do lepszego świata. Ta historia dzieje się tuż obok nas...
Sama nie wspominam najlepiej swoich kontaktów z urzędem pracy, ale od nich nic w moim życiu tak naprawdę nie zależało.

Dla niektórych to walka o wszystko, dosłownie. O zdrowie, o życie, o godność. A ci niektórzy, gdzieś tam i na szczęście nie my, to jutro możemy być właśnie my.
Wstrząsnął mną swego czasu wpis Marzeny Erm - idealnie pasuje do świata, który zobaczyłam wczoraj. "To nie koniec upokorzeń. Kazano mi rozebrać się do bielizny i w obecności męskiej części komisji przechadzać się po sali prawie naga. Czemu miało to służyć? Czy raka albo słabą odporność widać w sposobie stawian…

Multitasking niedzielny

Śmiałam się dziś z "Typów rodziców uczestniczących we mszy dla dzieci", pewnie dlatego, że znam ten ból z autopsji :) Przerabialiśmy i spacerowicza, i luzaka, i zestresowanego, i tragarza. Pecha nigdy nie mieliśmy. Panika też nam się nie zdarzała, ale wszystko przed nami, bo zaczęliśmy ostatnio częściej chodzić całą rodziną. Choć niekoniecznie na mszę dla dzieci, bo poziom decybeli i ogólnego rozluźnienia jest bardziej demoralizujący, niż pouczający, jeśli chodzi o naukę zachowania w kościele...
Mogłabym dodać do listy pozycję "rodzic zazdrośnik" - zazdrości innym dziecka śpiącego całą mszę/siedzącego na kolanach/bawiącego się po cichu/mówiącego szeptem. I "rodzic sfrustrowany" - bo zasadniczo przyszedł w innym celu, niż temperowanie potomstwa...
Zgadywanie z wyprzedzeniem niecnych zamiarów w stylu obrywanie kwiecia, przewracanie świeczników, spadanie z ławki, potykanie się o kabel od mikrofonu scholi czy wzajemne niesnaski oraz nieporozumienia w sł…

Love story na babski wieczór

Ckliwie to  brzmi, ale tak jest - uwielbiam nastrojowe filmy o miłości :-) Najlepiej w stylu retro, z pięknymi zdjęciami, kostiumami, muzyką, kobiecymi kobietami i męskimi mężczyznami. Takie, które ogląda się mniej rozumem, gubiąc się w sensacyjnej intrydze, a bardziej sercem - dyskretnie roniąc łezki. Żeby mąż się nie śmiał... A najlepiej jak męża nie ma i można płakać całkiem otwarcie:-) Dlatego "Światło między oceanami" zostawiłam sobie na taką właśnie samotną okazję i poszłam spać z zapuchniętymi oczami i złamanym sercem :-) Wiedziałam, że tak będzie... 






Innym cudownym filmem, którego Ł. także nie chciał ze mną oglądać jest "Teoria wszystkiego". Zupełnie nie rozumiem dlaczego ;-)  W każdym razie "Polskę i jej sąsiadów za czasów Jagiellonów" uznał tego wieczoru za znacznie bardziej wciągającą i pouczającą, niż historię małżeństwa Jane i Stephena Hawkingów. Nie ta epoka :-)
Jeśli chodzi o dobór filmów widać, że mężczyźni są jednak z Marsa, a kobiety z W…

Wierzyć to znaczy...

... kroczyć po wodzie. Jak w piosence :-) Może nie tylko, ale ta metafora do mnie przemawia.


Wczoraj trafiłam na fragment z czternastego rozdziału Ewangelii Mateusza - o chodzeniu po wodzie. Poruszył mnie wyjątkowo mocno, bo terenem moich zmagań duchowych od kiedy pamiętam jest lęk. A najsilniejszą potrzebą - bezpieczeństwo, przewidywalność, stabilizacja życiowa...

W zasadzie sytuacja opisana przez Mateusza trafia w sedno moich problemów.

Miotam się w tej życiowej łódeczce, ale przynajmniej mam twardy grunt pod  nogami. Tęsknię za czymś więcej, niż ta mała chybotliwa przestrzeń, ale boję się ryzykować. Deklaruję, że Bóg jest dla mnie ważny, ale nie potrafię mu do końca zaufać. Kiedy myślę, że chyba tak, okazuje się, że jednak nie.  Czasem czuję się zdolna do wielkich rzeczy, a czasem do niczego. Wzloty i upadki to moja codzienność, w każdej dziedzinie.

"Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!"

"Przyjdź"

Tak po prostu? Dobra, to idę. Głęboko tu…

Post

Za oknem iście wiosenna ulewa... Deszcz bębni o parapet, dzieci bębnią nogami o kanapę - trenują skoki narciarskie...

-Mamo, on zamierza się stoczyć!
-Możesz mu pomóc.
:)
Dzień zmierza ku końcowi.

Zachciało mi się budyniu malinowego z sokiem... Nie wiem, czemu:) Brozik oglądał dzisiaj odcinek Maszy, w którym owo diablątko w dziewczęcej skórze gotuje różowa kaszę i tak mi się skojarzyło... Strasznie sugestywne są te bajki:) Niestety: im bardziej chcę coś odstawić, tym silniej jestem uzależniona. Słodycze, internet... Przestałam zaglądać na niektóre blogi i obserwować najbardziej absorbujące grupy na fb, wyłączyłam powiadomienia i co. Dalej przychodzą. A nie chcę posuwać się do ostateczności i kasować konto, czasem się przydaje. Wolałabym jakoś po dobroci zapanować nad tym:) W sam raz zadanie na Wielki Post... 
rysunek ze strony Filozofia dla zepsutych dzieci na fb