Przejdź do głównej zawartości

Łyżka melancholijnego dziegciu

Ostatnio sąsiadka ucieszyła się, że wreszcie widzi mnie uśmiechniętą. Podobno całą zimę chodziłam smutna. 

Moja rodzona córka w wieku pięciu lat zastanawia się, czy urodzi kiedyś chłopca czy dziewczynkę. 
-Może i to i to?-zgaduję. 
-Dwoje? Raczej jedno, nie chcę być tak zmęczona jak ty, mamusiu.

Tymczasem ja nie jestem smutna! Ani zmęczona. Po prostu mam taką fizjonomię poważną :-) To że moje nastroje falują w zależności od różnych czynników też chyba nie jest czymś niespotykanym w przyrodzie. To są zresztą takie naskórkowe wahania, które nie naruszają sensu i kierunku mojego życia ani poczucia szczęścia.

Prawda jest taka, że czy się to komuś podoba czy nie - a  czasem się nie podoba, bo jest "dziwne"- jestem melancholiczką, w dodatku introwertyczką, co wydaje się katastrofalnym połączeniem... Przeżywam wiele i nie zapominam niczego. Ale nie lubię o tym mówić. Wolę słuchać i obserwować. Nie lubię się spierać, dyskutować, wojować ze światem, męczą mnie przebywanie w dużej grupie i publiczne wystąpienia. Typem aktywistki też nie jestem - odrzuca mnie od sportów, podróży, hałasu, spotkań integracyjnych, pielgrzymek, zbierania podpisów i zrzeszania się pod jakimkolwiek szyldem.  Mój dom jest moją twierdzą i dobrze mi z tym. Ale to nie jest łatwe w kontaktach społecznych... Nie jest łatwe, jeśli chodzi o religijność.

Mam nieznośne poczucie, że jako chrześcijanka jestem zachęcana do bardzo ekstrawertycznego przeżywania wiary: jak uwielbienie, to głośno i ze wzniesionymi rękoma.  Jak ewangelizacja, to na ulicach miasta. Koncerty, festiwale, pielgrzymki, nabożeństwa, marsze dla życia, koronka na skrzyżowaniu i różaniec fatimski. 

A mnie przyświeca zasłyszane hasło "Alleluja i do tyłu". Wolałabym do przodu, ale nie umiem zmienić biegu;)

Tym samym w zakresie duchowości wnioskuję o zaciszną izdebkę (nie musi być na pustyni :) Proszę bardzo, mogę wspierać finansowo szczytne inicjatywy, wspomagać Caritas, misje, prześladowanych chrześcijan, obronę życia i remont podłogi w kościele, czuję się za to odpowiedzialna, ale nie potrafię przejść na pierwszą linię frontu. Jak bardzo to źle? Nie wiem, ale nad tym właśnie często rozmyślam... Nad tym konkretem, o który woła Franciszek. Nad tą swoją asekuracyjną postawą i kurczowym trzymaniu się "świętego spokoju".

I pewnie właśnie wtedy mam tę straszną smutną minę ;)

A czemu ten teledysk niżej? Bo mnie poruszył, oczywiście :-) Bardziej treścią, niż muzyką, ale w połączeniu z obrazem taki właśnie rodzaj przekazu dotyka mnie najbardziej.



Łukasz określił "Rozbitków" jako sacropolo, ale mnie to nie przeszkadza...  Bo zobaczyłam ludzi, których wspieramy w Aleppo jako realne osoby  i pierwszy raz się za nich pomodliłam. Bo oni  też modlą się za nas. I kto wie, ile łask im zawdzięczamy?

"Szkoda, że Polacy nie mogą usłyszeć tego na własne uszy, ale za każdym razem, kiedy przekazuję pieniądze, słyszę błogosławieństwo pod adresem ofiarodawców. Na Bliskim Wschodzie nie mówi się tylko dziękuję, ale zawsze dorzuca się z całego serca jedno z błogosławieństw: "niech Bóg dodaje ci sił", "niech Bóg pomnaża twoje dobra", "niech Bóg przedłuża twoje dni" - wylicza siostra Urszula, koordynująca w Aleppo program Rodzina rodzinie. W ciągu pięciu miesięcy jego trwania wartość zadeklarowanej pomocy wyniosła prawie 9,5mln zł, z czego do tej pory przekazano 1mln 534 tys.
(GN,  11/2017)

Komentarze

Argilla pisze…
Ja też miałam takie rozmyślania jeszcze jakieś 3-4 lata temu. Bardzo mi bliskie to, o czym piszesz. Zastanawiałam się jak to jest, że są ludzie, którzy się udzielają lub są na frontach walki o wartości jej godne a ja nawet, jeśli bym chciała, to nie miałam pomysłu gdzie i jak się włączyć a poza tym... nie ciągnęło mnie to zupełnie.
Aż przyszedł taki czas, że zaczęłam z własnej inicjatywy włączać się w działania to tu, to tam. Po prostu było coś we mnie takiego, co mówiło "chcę", pozbawiało mnie hamulców, dawało wiarę w siły, odbierało lęk przed porażką.Coś albo może raczej KTOŚ? W każdym razie było to tak naturalne jak ta postawa wcześniejsza. Tak jakby nadszedł odpowiedni czas.
Ludzie którzy znają mnie nie dłużej jak trzy lata, są przekonani, że jestem typem społecznika, który udzielał się od zawsze...uśmiecham się wtedy do swoich myśli sprzed 4-5 lat:))
Marta pisze…
Może i na mnie przyjdzie czas:) Mam świadomość, ze jest to też front walki duchowej. Zaangażowanie chrześcijan nie wszystkim jest w smak. I wiele zrobi, żebyśmy pozostali wycofani...

Popularne posty z tego bloga

Wyzwanie Minimalistki - tydzień drugi

18-24 stycznia 2015

Dzień 8 Gotuję nową potrawę

Żeby nie było tak monotonnie w kuchni :-) Wertujemy książkę Pascala i Okrasy, wybór pada na eskalopki indycze w papilotkach. Polecam :-)
ORYGINALNY PRZEPIS

Ps. Wersja dla mnie z bulionem zamiast śmietany była dużo gorsza :( indyk był twardy i smakował jak wygotowane mięso z rosołu. Ziemniaki bez zapieczonego sera to też nie to :-)

Dzień 9 Tworzę listę marzeń...

...ale w głowie, nie mam ochoty ich spisywać. Różne są, od banalnych i aktualnych pod tytułem masaż i przespana noc, po takie z gatunku, których spełnienia nie oczekuję, bo to są takie marzenia do pomarzenia :-)
Jakoś nie widzę związku tego zadania z minimalizmem czy prostym życiem...

Dzień 10 Opuszczam swoją strefę komfortu

Wybieram się z dziećmi na spotkanie "klubu mam".
Czy było warto... Nie wiem. Zrobiłam coś innego, coś nawet wbrew sobie. Co dało mi to wyjście, poza zmęczeniem i ubytkiem 20 zł w portfelu? Merytorycznie nic, jak napisałam na drugim bogu. Nikogo nie pozna…

Filmoteka ociężałego człowieka ;)

Ostatnimi czasy zapisuję w notesiku, co ciekawego przeczytałam i obejrzałam, bo pamięć mam krótką i zapytana, co warto obejrzeć w wolny wieczór, popadam w czarną otchłań zaawansowanej sklerozy. Wymienię filmy, bo jeśli chodzi o książki, to leci półka nowości z biblioteki ;-)
Odkryciem tego roku jest dla mnie bezapelacyjnie Netflix. Abonament wykupiłam dla serialu "The Crown", który skończył mi się niestety daaaawno temu, niemniej jak potrzebuję, to zawsze coś znajdę ciekawego. A  sekcja "kids" jest moim codziennym wybawieniem...


Poza The Crown, z sentymentem obejrzałam "Ania, nie Anna" i cieszę się, że niedługo pojawi się kolejny sezon. Nienajgorzej oglądało mi się także "The Letdown" - serial u "urokach" początków macierzyństwa. Mocno grający stereotypami, ale faktycznie czerpiący zagadnienia wprost z życia młodych rodziców... Szczebelek wyżej wchodzi film "Tully", na który wybrałam się do kina. Tu już klimat odbiega od zab…

A long way from home

Mam pomysły na kolejne wpisy, kilka fajnych książek w czytaniu. I cóż z tego... Jest jak jest :-) Ale malowanie skończone! Metodą prób i błędów, zmęczenia fizycznego - Łukasz i psychicznego - ja, po dwóch miesiącach możemy zamknąć (prawie) ten rozdział. Pozostało dopieścić szczegóły wystroju i pomyśleć o świątecznych dekoracjach. Jak już domknę temat kalendarza adwentowego...

Ostatnio w kółko leci u nas (jeśli nie akurat małe TGD dla dzieci) nowa płyta Avishaia Cohena, to moje dwa ulubione tracki:

otwierający album Song of hope 


I drugi pod względem "fajności" Motherless child


Ten z kolei doskonale koresponduje tematycznie z filmem, który ostatnio obejrzałam: Lion. Droga do domu.


Historia prawdziwa. Z happy endem. Powiedzmy, że zakończenie jest szczęśliwe, ale ogólnie jednak, jak się dziecko zagubi i odnajdzie po 25 latach, to jednak długo jest... ;-) A w Indiach co roku gubi się osiemdziesiąt tysięcy dzieci! Polecam! Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka - takie połączenie ma …